poniedziałek, 10 stycznia 2011

O krok od śmierci

    Byłem w drugiej klasie podstawowej, gdy dostałem ponownie wylew dostawowy. Konieczne było leczenie w szpitalu. 
Zaraz po przyjęciu na oddział hematologi dziecięcej sprowadzono ze stacji krwiodactwa preparat "krioprecypitat". Po rozmrożeniu podano mi go natychmiast aby zatrzymać krwawienie. 
Po jakimś czasie zaczołem dziwnie się czuć, odczuwałem swędzenie na całym ciele, po chwili zauważyłem że dziwnie zaczynają puchnąć mi dłonie, następnie stopy. Wezwałem pielęgniarkę, gdy poczułem że mam opuchniętą twarz. 
Pielęgniarka gdy mnie zobaczyła, wyglądałem jak by mnie pogryzły setki pszczół, cały byłem opuchnięty. Natychmiast wezwano lekarza. 
Nie wiedziałem co się dzieje, pielęgniarki i lekarze biegali przy mnie na zmianę. 
Podano mi jakieś zastrzyki, podłączono kroplówki, pielęgniarka siedziała i sprawdzała co jakiś czas mój stan. Czułem się strasznie źle, prawie nic nie widziałem z powodu opuchniętych powiek. 
Było mi duszno i brakowało powietrza. Podano mi tlen, mój stan się pogarszał do tego stopnia, że straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem był już kolejny dzień, przy łóżku siedzieli rodzice, mama płakała czułem się bardzo osłabiony. Ciało miałem jeszcze opuchnięte. Lekarz powiadomił rodziców, że stan się poprawia i najgorsze mam już za sobą. Podobno byłem o krok od śmierci. Jak się okazało dostałem wstrząsu anafilaktycznego po podaniu krioprecypitatu. Lek ten z powodu iż nie był wystarczająco oczyszczony wywołał reakcje uczuleniową. Po kilku dniach mój stan się unormował, kategorycznie zabroniono podawania krioprepicytatu, a to było jednoznaczne z brakiem jakiegokolwiek leku tamującego krwawienie. 
Rodzice byli bardzo zmartwieni, bali się co to będzie jeżeli dojdzie do następnego wylewu. Podczas kolejnej wizyty w klinice hematologicznej pani doktor powiedziała mamie, że są leki które mogą mi pomóc, lecz nie proponowała ich wcześniej bo są one nie polskie. Leki te rodzice musieli by sprowadzać z zagranicy i pokryć 30%  ich wartości, co było wysoką sumą. 
Mama bardzo się zdenerwowała, bo przecież tu chodziło o moje zdrowie, a nawet życie. Bo co by się stało gdyby doszło do jakiegoś krwotoku wewnętrznego, a nie byłoby leku.  Prawdopodobnie bym się wykrwawił. Mama poinformowała lekarza, że bez względu na cenę ma sprowadzić te leki. 
Były to zastrzyki "kriobulin" produkcji  Austryjackiej, sprowadzono je przez aptekę wojewódzką. Zastrzyków było 10szt. po 250 jednostek czynnika VIII. Cena jaką musieli zapłacić rodzice była ponad ich możliwości. Cała rodzina pomagała, tata zaciągnął pożyczki w pracy, mama chodziła po wszelkich urzędach z prośbami o dofinansowanie. 
Ukazał się nawet artykuł w gazecie pt. "Za oknem wiosna, kto pomoże Grzesiowi". 
Rodzice nie prosili tam o pomoc finansową, tylko chodziło że dlaczego są skazani na ponoszenie tak dużych kosztów za leki ratujące życie dziecka.
I tak musieliśmy sprowadzać po 10 zastrzyków 2 razy w roku, bo na taki okres mi wystarczały.

1 komentarz: